Spędziliśmy tam trzy ekstremalnie długie i wyczerpujące dni.
Do szpitala kazali nam się zgłosić w poniedziałek rano. W osławionym instytucie byłam po raz pierwszy. Wypisz, wymaluj Huta im. Sędzimira. Zamiast stali hartuje się tam odporność psychiczną. Jeśli chodzi o warunki, to szpital przy Strzeleckiej oferuje komfort pięciogwiazdkowy, a w Prokocimiu , jak przystało na kombinat hotel robotniczy.
Piszę dopiero dzisiaj, bo było to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w ciągu mojego 33 -letniego życia. Nadal zresztą trawię mój pobyt w oddziale pulmonologii. Ulewa mi się i podchodzi do gardła wszystko co tam widziałam i czego doświadczyłam.
Dowcipnie nie będzie. Nie jest mi do śmiechu.
Zgłosiliśmy się w poniedziałek. Tomografię o wysokiej rozdzielczości wykonano dopiero we wtorek. Ale mieliśmy spędzić tam trzy dni, pewnie ze względu na procedury NFZ i refundację oraz narkozę i intubację Jasia.
Łóżeczko przydzielono nam w sali, której nie zapomnę do końca moich dni. Docent zażartował, że przydzielił nam "spokojną salę".
Na łożkach, bez ruchu- jeśli nie liczyć mrugania powiekami i wykrzywiania ust- za to przy dźwiękach respiratorów, pulsoksymetrów i pomp leżało dwóch chłopców. Na oko 8 i 6 lat, jak się później okazało nie tylko na oko.
Starszy na twarzy miał położoną pieluchę, jak to czasem robi się niemowlakom, by je uspokoić. Młodszy wodził wzrokiem za postaciami w ustawionym na parapecie telewizorze. Maszyny miarowo pompowały w ich bezużyteczne płuca powietrze.
Wiesiek i Karol bo tak mieli na imię mieszkają w szpitalnej salce odkąd mieli niecałe pół roku - a więc całe lata. Zdiagnowowano u nich zanik mięśni. Wiesiek już dwa razy przeszedł śmierć kliniczną, ale uparcie go ratują . Karol jeszcze widzi, ale jego starszy kolega coraz słabiej. Właściwie nie bardzo jest jak sprawdzić na ile dobrze funkcjonuje wzrok
Rodzice bywają u nich sporadycznie. Raz na dwa, trzy tygodnie. Nie zdecydowali się na hospicjum w pobliżu miejsca zamieszkania ani na hospicjum domowe.
Wybrali opcję, że ich dziećmi zajmują się pielęgniarki. Czułe słowa i pieszczoty wyznaczane przez grafik dyżurów i siostry oraz salowe, które na to stać przy nawale pracy. Są dotykani, ale mechanicznie : pampers, wlew, sonda, cewnik, kąpiel, otracie śliny i śpików, przełożenie na drugi bok, przekręcenie głowy.
Ich świat ograniczony jest do 15 metrów kwadratowych.
Wiesiek się uśmiecha, gdy się do niego mówi. A czasem wydaje się, że bezgłośnie płacze. Karol skrzeczy jak dziwny ptak.
Za szybą w sąsiedniej sali dziewczynka. Ma na imię Wikoria. Ironia losu. Wikoria, której egzystencja na starcie jest przegrana. Ma dwa lata i jedyne co jej życie przyniosło to choroby, w tym sieroca. Dziewczyna kiwa się miarowo, jej metronomem jest respirator. Twarz jak maska -pozbawiona mimiki. Widuje takie u dorosłych z głęboką depresją. Ubrana w za duży, szpitalny kaftanik macha ręką zza szczebli. Nawet nie wiem czy to rodzaj stereotypii ruchowej, czy jak ktoś twierdzi wołanie o uwagę. Nie reaguje uśmiechem, gdy podchodzę , mówię do niej i gładzę po policzku.
Jestem teraz na stażu na chemioterapii, widzę umierające na raka kobiety.
Nic jednak nie jest w stanie konkurować ze skrajną nędzą życia tych dzieci.
Nie znają i nie poznają smaku czekolady ani lodów. Nie poczują promieni słońca na ciele ani zapachu morza. Nie poznają zapachu siana. Nie będą śmiały się do machającego psiego ogona. Nie wiedzą co to znaczy być najbardzie na świecie kochane.
Łzy ciekły mi, gdy biegałam za Jaśkiem, którego fascynowały migające respiratory i dżungla rurek i sond obrastająca łóżka.
Smutek, bezsilność i złość obezwładniały i nadal mnie obezwładniają.
Mój pobyt w salce chłopców był rodzajem testu. Pielęgniarki czekały aż poproszę o zmianę sali. Potem, gdy tego nie zrobiłam poinformowały mnie, że rodzice wypisywali się na własne żądanie, gdy tam trafiali.
Chłopcy nie infekują, dlatego mnie z nimi umieścili.
Na niewiele się to zdało wyszliśmy z grypą jelitową , moim i Jasia duszącym kaszlem, który ujawnił się wczoraj. Jutro znów lądujemy u lekarza.
Infekcje miną, ale ja zaraziłam się na całe życie obrazami. Zamykam oczy i widzę bezwładne korpusy. Zadaję sobie wciąż i wciąż pytania o to, do czego prowadzi postęp medycyny.
Przy tym wszystkim przeżyłam potworny lęk w oczekiwaniu na wynik HRCT. Powiedziano mi, że gorszy lub podobny obraz płuc do zdjęć tomografii robionej latem rokuje źle. Płuca będą włókniały tracąc swoje funkcje. Nie muszę tłumaczyć jak to się kończy.
Okazało się, że obraz płuc jest ciut lepszy.
Na resztę wyników badań czekamy.
Wykluczano choroby przebiegające z włóknieniem płuc. W wypisie nie ma jasnego rozpozniania. Może jutro czegoś się dowiem , bronchiolitis czy coś innego...
Nie jest gorzej, co dla was znaczy lepiej , idziecie w chałupę - powiedział docent.
Poszliśmy.
Z nami oddziałowe wirusy, wiele myśli i wiele pytań o sens.